WARSZAWA: 16:18 | LONDYN 14:18 | NEW YORK 09:18 | TOKIO 23:18

Ziemowit Sokołowski: Tam, gdzie naprawdę zawsze było „hucznie”. Czyli o morskiej, lufowej artylerii okrętowej. Trochę zebranych faktów. Część I głównie pod żaglami, część 1

Dodano: 18 cze 2023, 10:51

Już od najdawniejszych czasów wojownicy i myśliwi starali się stosować broń, która pozwoli im na skuteczne zabijanie na odległość – bez narażania się na ripostę. Początkowo były to proce, proste miotacze strzał, łuki, kusze i oszczepy. Do miotania cięższych pocisków służyły m.in. balisty. które stosowane były również w bitwach morskich. Posiadanie takiej broni nie zawsze gwarantowało sukces, zwłaszcza, gdy zaatakowani dysponowali podobnym orężem.
Specyficzną broń stosowały okręty bizantyńskie. Były to miotacze tajemniczego „ognia greckiego”, który bardzo trudno było ugasić morską wodą. Najskuteczniejszym środkiem gaśniczym miało być podobno wino, niekoniecznie wysokiej jakości. Dlatego statki wojujące z flotą bizantyńską były zaopatrywane w baryłki z dwoma rodzajami win. Lepszym – dla własnej konsumpcji i tym gorszym – dla celów przeciwpożarowych. Niekiedy rejs się przedłużał, a nic godnego uwagi się nie działo, natomiast dobrego wina zaczynało brakować. Wówczas załoga cichaczem raczyła się winem p.poż., a baryłki dla niepoznaki napełniała wodą morską. W razie odkrycia tej machinacji próbowano tłumaczyć, że to oczywista wina diabła. Otóż ten demon pozazdrościł Chrystusowi umiejętności zamiany wody w wino i postanowił działać odwrotnie. Niektórzy w to nawet wierzyli.

Istotny przełom techniczny nastąpił wraz z zastosowaniem prochu, zarówno w lekkiej broni strzeleckiej, jak i artylerii. W okresie średniowiecza oraz odkryć geograficznych zwykle statki uprawiające handel były wyposażane również w pistolety, muszkiety i armaty – głównie dla obrony przed piratami. Nie zawsze to pomagało, ponieważ piraci także dysponowali podobną bronią. Ponadto to tylko oni decydowali o czasie, miejscu i sposobie przeprowadzenia ataku. A to dawało istotną przewagę. Dopiero z czasem armady odpowiednio uzbrojonych statków stały się skutecznym antidotum na piractwo.
Piraci byli zawsze mocno zdeterminowani. W razie klęski bez zwłoki wieszano ich na rejach lub wyprawiano na krótki spacer za burtę. Niekiedy, w uznaniu męstwa okazanego w bitwie wyjątkowo zezwalano im wypowiedzieć „ostatnie słowo”. Pirat tuż przed egzekucją nie mógł spodziewać się już niczego dobrego i zazwyczaj nie bawił się w dyplomację. Mógł w końcu szczerze powiedzieć gdzie on wszystkich obecnych (i nieobecnych) ma, co o nich myśli i czego im życzy. A przeważnie nie były to miłe słowa. Prawdopodobnie tego rodzaju przemowa nie była nagradzana oklaskami.
Wśród słynnych piratów z grona Braci Witalijskich wymienić wypada Klausa Stōrtenbekera (1360 – 1401 r.), wojującego m.in. z Hanzą. Ponoć dzielił się zdobyczą piracką z biednymi. Ujęty wraz z 73 kompanami został wraz z nimi stracony (przez obcięcie głowy) na rynku w Hamburgu. Z tą egzekucją wiąże się tak mroczna legenda, że nie ośmielam się jej przytoczyć.

Powyżej ukazano los piratów, którym się nie powiodło. Pokazowe egzekucje miały odstraszyć innych, chętnych do podjęcia tego „rzemiosła”. Było jednak wielu, którzy poprzez rozbój na morzach dorobili się znacznego majątku, a nawet poważania.
Podobnie działo się na lądzie. Lądowi rozbójnicy, wśród których nierzadko zdarzali się bezrobotni w czasie pokoju rycerze, łupili kogo się tylko dało. Przeważnie wędrownych kupców. Legendarny Janosik (do którego przyznają się również Słowacy), bynajmniej nie rabował tylko bogatych, aby wszystko oddać biednym. Wręcz przeciwnie. Na co dzień bez skrupułów korzystał z wymuszonej gościnności biednych górali, którzy nie śmieli mu niczego odmówić, ponieważ dowodził uzbrojoną bandą rzezimieszków. No może od czasu do czasu wysupłał parę monet, aby zdobyć względy jakiejś szczególnie urodziwej damy.
Panuje dosyć powszechne mniemanie, że piractwem zajmowali się ludzie „niskiego stanu”, z różnych przyczyn nie mogący lub nie chcący zajmować się jakimś pokojowym zawodem. Byli jednak i inni. Nie trzeba daleko szukać. Otóż urodzony i zmarły w Darłowie Eryk Pomorski z rodu Gryfitów (1382 – 1459), po zakończeniu wspaniałej kariery politycznej został… piratem. I to nie z powodu biedy, bynajmniej. W drodze elekcji (lata 1389 i 1396) został wybrany na króla trzech państw: Danii, Szwecji i Norwegii wraz z ich zamorskimi posiadłościami w postaci Grenlandii, Islandii i Wysp Owczych. Nadto przysługiwał mu tytuł Księcia Słupskiego i Stargardzkiego. Przy innych okazjach tytułowano go również jako władcę Gotów, Wenedów i Pomorzan. W tej całej tytulaturze zapomniano jakoś o Finach, którzy wprawdzie nie mieli jeszcze własnego państwa, lecz egzystowali na obszarach ówczesnej Szwecji.
Do chwili detronizacji panował w Danii i Szwecji przez 43 lata, a w Norwegii 53 lata. Obszar jego panowania 11 – krotnie przekraczał powierzchnię obecnej Polski. Później przeniósł się na Gotlandię, gdzie – jak napisał w „Dziejach Szwecji” historyk Ingvar Andersson – były władca „utrzymywał się z dobrze zorganizowanego piractwa”. Krótko mówiąc, łupił dawnych poddanych. Wypadało przecież utrzymać się przynajmniej na przyzwoitym, książęcym poziomie. Można też domniemywać, że nie będąc już królem, gdy wreszcie znalazł się poza zasięgiem intryg świeckich wielmoży i kościelnych hierarchów, poczuł się naprawdę wolny. Gdy skończył się jego czas, został z honorami pochowany w darłowskiej katedrze. Nie było w tym nic dziwnego. Przestępstwa wobec bliźnich u pospolitych złoczyńców były zazwyczaj piętnowane i w razie możliwości karane. Natomiast te same przestępstwa, ale w wielkiej skali, były często przedmiotem podziwu i zawiści. „Bohaterom tych zdarzeń” nierzadko stawiano pomniki i śpiewano o nich pieśni (np. szanty). W jeszcze lepszej sytuacji byli krwawi dyktatorzy, zwłaszcza w Europie, Ameryce Łacińskiej oraz Azji. Ich władza i bezkarność nie miały granic. Paradoksalnie, nawet wiele lat po śmierci wciąż mają swoich wielbicieli.

W zgoła innej sytuacji byli korsarze (kaprowie). W razie pilnej potrzeby i niedostatku własnej floty wojennej, panujący królowie wynajmowali w pełni uzbrojone i obsadzone załogami statki, które na czas trwania umowy kaperskiej walczyły po stronie wynajmującego. Wynikały stąd pewne przywileje i obowiązki. Na przykład korsarz, który poddał się w czasie walki, mógł być pewien, że nie zostanie powieszony ani wyrzucony za burtę. Traktowano go jak zwykłego jeńca. Mniej miłą stroną umowy kaperskiej było to, że korsarze musieli dzielić się zdobyczami wojennymi z tym władcą, który ich wynajął. Wypada dodać, że niekiedy korsarzami stawali się nawet piraci, którzy na czas trwania kontraktu zawieszali „prywatną działalność”. Ogólne zasady kontraktów były zasadniczo podobne jak przy wynajmie armii kondotierów na lądzie. Pomnik jednego z nich (Corleone), znajduje się w Szczecinie.
Do najbardziej sławnych korsarzy w historii należeli: Francis Drake, Henry Morgan, Martin Frobisher i Richard Hawkins. Zasłynęli oni również jako odkrywcy. Ponadto zostali mianowani admirałami w czasie walki z Wielką Armadą.
W XV wieku, podczas wojny trzynastoletniej z Zakonem Krzyżackim na morzu, strona polska posłużyła się okrętami kaperskimi z miast Gdańska, Elbląga i Braniewa. Okręty nosiły bandery z herbami miejskimi na tle czerwonym lub biało czerwonym. Za czasów Zygmunta Starego, w latach 1517 – 1522, flota korsarska, licząca do kilkunastu okrętów, działała na wschodnim Bałtyku i Zatoce Gdańskiej. Korsarze toczyli boje nie tylko z flotą Zakonu, lecz również z jednostkami holenderskimi i duńskimi, transportującymi zaopatrzenie dla Krzyżaków. Dowódcą tej floty był gdańszczanin Adrian Flint. Z usług okrętów kaperskich korzystali również królowie: Zygmunt August II, Zygmunt III, Władysław IV, Jan Kazimierz i Jan III Sobieski. W czasach panowania dwóch wymienionych na początku królów działały Komisja Morska i Komisja Okrętów Królewskich.
W listopadzie 1627 r. na redzie Gdańska została stoczona „Bitwa pod Oliwą”. Po stronie polskiej brały udział 4 galeony, 3 pinki,3 fluity (razem 179 dział oraz 1160 żołnierzy i marynarzy). Największymi okrętami były Święty Jerzy (Sankt Georg) – 31 dział, 400 t. oraz Król Dawid (Kȍnig David), o tych samych parametrach. Oryginalne nazwy były niemieckie. W czasie bitwy funkcję admirała otrzymał Holender Arend Dickmann, dowódcą piechoty morskiej był kapitan Jan Storch zaś dowódcą artylerii okrętowej kapitan Herman Witte. Szwedzka flota była mniej liczna – 6 okrętów (w tym 5 galeonów, 122 działa, 700 żołnierzy i marynarzy). Największy galeon – Tigern (22 działa, 320 t), został zdobyty abordażem, natomiast drugi pod względem wielkości – Solen (20 dział, 300 t), został zatopiony. Na jego pokład wdarli się żołnierze walczący po polskiej stronie. Wtedy kapitan szwedzkiego okrętu, nie chcąc się poddać, podpalił proch i wysadził okręt, którego nie opuścił, w powietrze. Część walczących żołnierzy obydwóch stron zdołała przeskoczyć na pokład Wodnika (Meerman), reszta zginęła wskutek eksplozji. W bitwie zginął od przypadkowej kuli admirał Arend Dickman. Wskutek odniesionych ran zmarł wkrótce szwedzki wiceadmirał Nils Stiernskȍld. Obu admirałów pochowano z honorami w Bazylice Mariackiej.

Liczne okręty korsarskie (głównie francuskie) przyczyniły się do powstania Stanów Zjednoczonych. Dla Francuzów była to okazja do „odegrania się” po wcześniejszych porażkach z flotą angielską.
Walory artylerii okrętowej miały również niewątpliwe „zasługi” w początkach kolonializmu. Nawet wówczas, gdy efektywność i szybkostrzelność broni palnej była niewielka, to emitowany przez nią huk zawsze robił wrażenie. Sam proces strzelania był dosyć prosty. Najpierw przez wylot lufy wkładano ładunek prochowy, później uszczelniającą przybitkę, a na końcu pocisk. Zapłon następował poprzez lont i otwór w tyle lufy. Ponieważ siła odrzutu cofała bardzo gwałtownie działo, kanonierzy zawczasu chronili się w upatrzonych z góry miejscach. Po wystrzale należało przeczyścić lufę, ponownie załadować, wysunąć działo przy użyciu talii linowych i znowu strzelać, gdy padnie komenda. Cały ten proces trwał około kwadransa. Niekiedy nadmiernie rozgrzane lufy armat chłodzono szmatami ociekającymi wodą. Obsługa armat była ciężką pracą fizyczną, dlatego kanonierzy musieli być silni. Nie musieli za to zajmować się celowaniem – wówczas celowano całą burtą od strony wrogiego okrętu.
Armaty stosowane na statkach początkowo nie różniły się bardzo od tych, które użytkowano na lądzie. Z pewnym zasadniczym wyjątkiem. Otóż armaty lądowe transportowano przy użyciu siły pociągowej zwierząt i ludzi. Natomiast statki same stały się „platformami transportowymi” dla przewożonego na nich uzbrojenia. W obydwóch przypadkach do obsługi dział niezbędni byli kanonierzy. Tym niemniej skuteczne użycie armat na morzu było trudniejsze niż na lądzie, chociażby tylko ze względu na kołysanie statków na fali. Ponadto lądowi kanonierzy w razie klęski mogli niekiedy salwować się ucieczką w jakieś bezpieczniejsze miejsce, natomiast załoga tonącego okrętu lub statku nie miała gdzie uciekać. Sprawnych szalup ratunkowych było zawsze za mało, a tylko nieliczni potrafili pływać. Nie miało to zresztą większego znaczenia, gdyż najbliższy brzeg był daleko.

CDN.

Kursy walut

Średnie kursy walut NBP z: data

1 EUR - 1 USD -
1 CHF - 1 GBP -

Redakcja i reklama

Jezeli chcesz się z nami skontaktować lub nawiązać współpracę skorzystaj z formuarza
» kontakt

Wszystkie prawa zastrzeżone INFOMARE.pl

Realizacja portalu: Agencja Interaktywna KULIKOWSKI-IT.pl Projektowanie stron internetowych Szczecin